
>>>"Przesłuchaj za Darmo"<<<
Powiem szczerze że jedyny krążek od Trickiego, który mnie
urzekł to jego pierwsza debiutancka płyta Maxinquaye. Wszelkie późniejsze twory
tego wykonawcy jakoś nigdy mnie do siebie nie przekonały. Aż do wczoraj. ( Dla
osób którzy nie znają tego wokalisty odsyłam do wikipedii, natomiast na łamach
mojego blogu mogę wspomnieć jedynie, że jest to legenda trip-hopu. )Słyszałem
wiele dobrego o jego najnowszej płycie, dlatego z niezbyt wesołą miną pobrałem
jego płytę ze Spotify ( ach te niezastąpione możliwości konta Premium ;) ),
podłączyłem pod Dac’a i słuchawki, po czym przystąpiłem do odsłuchu.
ŁaŁ !!! To jest TO!!!
Wreszcie po 18 latach niezbyt udanej dyskografii, muzykowi udało się mnie
zaskoczyć i to całkowicie pozytywnie.
Cała płyta jest jak najbardziej spójna pod względem tematyki jak i dźwięków. Pod względem tego drugiego lekko odbiega od ciemnych, ciężkich i topornych utworów do których przez te wszystkie lata przyzwyczaił nas muzyk. Tym razem utwory wydają się lżejsze, bardziej melodyjne, a co najważniejsze nie tracą przy tym na spójności i nadal trzymają się mrocznej tematyki. Na krążku znajdziemy wiele ciekawych i mocno zapadających w ucho utworów takich jak np: Somebody’s Sins; Valentine; Nothing Matters; Bonnie & Clyde; Nothing’s Changed; Chinese Interlude.
Cała płyta jest jak najbardziej spójna pod względem tematyki jak i dźwięków. Pod względem tego drugiego lekko odbiega od ciemnych, ciężkich i topornych utworów do których przez te wszystkie lata przyzwyczaił nas muzyk. Tym razem utwory wydają się lżejsze, bardziej melodyjne, a co najważniejsze nie tracą przy tym na spójności i nadal trzymają się mrocznej tematyki. Na krążku znajdziemy wiele ciekawych i mocno zapadających w ucho utworów takich jak np: Somebody’s Sins; Valentine; Nothing Matters; Bonnie & Clyde; Nothing’s Changed; Chinese Interlude.
Podoba sprawa ma się z brakiem jakiejkolwiek
monotonii między utworami, dzięki czemu cały czas dokładnie wsłuchujemy się w piosenki
i ciągle jesteśmy zaskakiwani nowymi melodiami i przejściami pomiędzy utworami
jak i bezpośrednio w nich. Tak jak zawsze, tak i tym razem dominuje ciemniejsza
elektronika i powłóczyste, duszne dźwięki. Pełno znajdziemy wszędzie
przeróżnych podkładów, które mnożąc się sprawiają uczucie mroku, a całość jest
polana wykwintnym, jedwabistym, cichym a zarazem pewnym głosem kruchego
żeńskiego wokalu.
Dosłownie MIODZIO!!! Wiele osób może się ze mną nie zgodzić,
ale wg mnie ten krążek wygląda trochę jak przebudzenie wielkiego władcy trip-hopu
po niemalże 20-letniej śpiączce.
Anglik pokazuje w tych utworach że nie
zapomniał o swojej dawnej duszy i mimo upływu czasu umie wskrzesić ją ponownie,
lecz tym razem z nutką nowoczesności. False Idols różni się od Maxinquaye tym
że jest bardziej eteryczna, a przez to wydaje mi się że jej dusza wydobywa się
z ciemnych zaułków nocnych brudnych i ukurzonych ulic. Efekt tan jest
potęgowany przez niesamowicie delikatny i lekko uduchowiony szept 25-letniej
boskiej piękności Francesca’e Belmonte, którą w niektórych utworach zastępować
będą m.in.: Fifi Rong, oraz Nneka. Podsumowując Tricky’iemu udało się stworzyć
piękną płytę, którą po prostu trzeba koniecznie przesłuchać, bo każdy kto tego
nie zrobi ze swojej własnej nie przymuszonej woli spłonie w piekle.
Przejdźmy do ocen cząstkowych:
TEKST: 7/10
MUZYKA: 8+/10
WOKAL: 9/10
INNOWACYJNOŚĆ: 7/10
Moja osobista, subiektywna ocena to:
9+/10
P.S. No dobra z tym piekłem trochę przesadziłem, ale do
nieba to taka osoba na pewno nie pójdzie. ;D.
