niedziela, 28 lipca 2013

Tricky: False Idols - Recenzja



Powiem szczerze że jedyny krążek od Trickiego, który mnie urzekł to jego pierwsza debiutancka płyta Maxinquaye. Wszelkie późniejsze twory tego wykonawcy jakoś nigdy mnie do siebie nie przekonały. Aż do wczoraj. ( Dla osób którzy nie znają tego wokalisty odsyłam do wikipedii, natomiast na łamach mojego blogu mogę wspomnieć jedynie, że jest to legenda trip-hopu. )Słyszałem wiele dobrego o jego najnowszej płycie, dlatego z niezbyt wesołą miną pobrałem jego płytę ze Spotify ( ach te niezastąpione możliwości konta Premium ;) ), podłączyłem pod Dac’a i słuchawki, po czym przystąpiłem do odsłuchu.
 ŁaŁ !!! To jest TO!!! Wreszcie po 18 latach niezbyt udanej dyskografii, muzykowi udało się mnie zaskoczyć i to całkowicie pozytywnie.
Cała płyta jest jak najbardziej spójna pod względem tematyki jak i dźwięków. Pod względem tego drugiego lekko odbiega od ciemnych, ciężkich i topornych utworów do których przez te wszystkie lata przyzwyczaił nas muzyk. Tym razem utwory wydają się lżejsze, bardziej melodyjne, a co najważniejsze nie tracą przy tym na spójności i nadal trzymają się mrocznej tematyki. Na krążku znajdziemy wiele ciekawych i mocno zapadających w ucho utworów takich jak np: Somebody’s Sins; Valentine; Nothing Matters; Bonnie & Clyde; Nothing’s Changed; Chinese Interlude. 
 Podoba sprawa ma się z brakiem jakiejkolwiek monotonii między utworami, dzięki czemu cały czas dokładnie wsłuchujemy się w piosenki i ciągle jesteśmy zaskakiwani nowymi melodiami i przejściami pomiędzy utworami jak i bezpośrednio w nich. Tak jak zawsze, tak i tym razem dominuje ciemniejsza elektronika i powłóczyste, duszne dźwięki. Pełno znajdziemy wszędzie przeróżnych podkładów, które mnożąc się sprawiają uczucie mroku, a całość jest polana wykwintnym, jedwabistym, cichym a zarazem pewnym głosem kruchego żeńskiego wokalu. 
Dosłownie MIODZIO!!! Wiele osób może się ze mną nie zgodzić, ale wg mnie ten krążek wygląda trochę jak przebudzenie wielkiego władcy trip-hopu po niemalże 20-letniej śpiączce.
 Anglik pokazuje w tych utworach że nie zapomniał o swojej dawnej duszy i mimo upływu czasu umie wskrzesić ją ponownie, lecz tym razem z nutką nowoczesności. False Idols różni się od Maxinquaye tym że jest bardziej eteryczna, a przez to wydaje mi się że jej dusza wydobywa się z ciemnych zaułków nocnych brudnych i ukurzonych ulic. Efekt tan jest potęgowany przez niesamowicie delikatny i lekko uduchowiony szept 25-letniej boskiej piękności Francesca’e Belmonte, którą w niektórych utworach zastępować będą m.in.: Fifi Rong, oraz Nneka. Podsumowując Tricky’iemu udało się stworzyć piękną płytę, którą po prostu trzeba koniecznie przesłuchać, bo każdy kto tego nie zrobi ze swojej własnej nie przymuszonej woli spłonie w piekle.

Przejdźmy do ocen cząstkowych:
TEKST: 7/10
MUZYKA: 8+/10
WOKAL: 9/10
INNOWACYJNOŚĆ: 7/10

Moja osobista, subiektywna ocena to:


 9+/10

P.S. No dobra z tym piekłem trochę przesadziłem, ale do nieba to taka osoba na pewno nie pójdzie. ;D.