Każda płyta pani Knowles jest inna. "Sashy Fierce" była szalona i nieokiełznana, a "4" bardzo spokojna i opanowana. "Beyoncé" natomiast jest powiedziałbym najbardziej "uduchowiona", czemu? Dlatego że mamy tu do czynienia z basowym R&B, czesto powolnym i namiętnym, ale także szybkim ( nie mylić ze skocznym) i muzykalnym, przepełnionym mnóstwem instrumentów, które bezustannie wypełniają każdy wolny centymetr sceny. Ta cała namiętność bardzo przypomina mi tą z płyty Trickiego "False Idols", z tą różnicą że nie jest ona brudna i brutalna, tylko pełna, swobodna i seksowna. Uraczeni zostaliśmy czternastoma kawałkami, z którech wiekszość trwa po 4-5 minut przez co aby przesłuchać płytę należy jej poświęcić ponad godzinę.
Jest ona na tyle długa i intensywna, że nie wyobrażam sobie aby móc przesłuchać ją na raz, sam potrzebowałem zrobić sobie po kilka przerw. Wiele osób może sądzić, że to bardzo miło ze strony Beyoncé, że dała Nam tak dużo utworów, lecz ja jestem zdania: " Lepiej dać mniej a treściwiej". Po prostu w przypadku płyt nie widzę sensu wypełniania krążków tzw. zapychaczami, które nic nie wnoszą, lub ich jakość widocznie odstaje od reszty, a tego typu kawałków troszkę znalazło się także i na tej płytce. Bez cienia wątpliwości zaliczyć do Nich mogę: "Flawless", jak i "Haunted". W przypadku "Flawless" wiele osób może czuć się zbulwersowanym, gdyż znajduje sie na Nim pewna innowacyjna przemowa feministki, lecz uważam, iż można było to zrobić w o dużo lepszy i ciekawszy sposób.
Do słabszych dzieł zaliczę także bardzo oklepane muzycznie "Blow", które mimo słabej melodii jest bardzo namiętne. Natomiast czwartym utworem będzie "Rocket", które zaśpiewane zostało bardzo poprawnie, lecz treść piosenki jest jak dla mnie wręcz kuriozalna, a sposób jej zaprezentowania nie do przyjęcia. Zapytacie no a co z reszta? Także jest do kitu? Otóż nie! Pozostałe dziesięć kawałków jest naprawdę dobra, a w niektórych przypadkach wręcz kapitalna! Wspomnieć należy tu o zapadającym refrenie utworu "Blue" ( ach to "... You and I together..." ) , słodkiej balladzie " Heaven" ( mówiąc słodka mam na myśli połączenie namiętnego wokalu Beyonce z powolną grą instrumentów, sam tekst uważam za zbyt prosty i krótki), mądrze opowiadającej o zazdrości "Jealous", oraz krzykliwym zapewne przyszłym hiciorze " Pretty Hunts". Nie sposób również zapomnieć o dwóch singlach " Drunk in Love" i "XO", które dzieki dobremu doborowi słów i muzyki stanową jednolite kawałki.
Beyoncé jest obdarzona przez naturę wręcz niesamowitym głosem który potrafi zejść dość nisko, jak i wyjątkowo wysoko, mało tego jest on bardzo łatwo modulowany co skutkuje wręcz niebiańskim głosem, który co chwile zaskakuje Nas, delikatnie pieszcząc nasze zmysły. Muzyka również w wielu miejscach jest wręcz obłędna i zniewalająca, a to za sprawą bardzo dobrze skomponowanej olbrzymiej ilości instrumentów, które w R&B są bardzo częstym i niekiedy wręcz nieodzownym elementem. Muzyka i głos to nie wszytsko, przydalby się jeszcze dobry tekst, którego tym razem niestety zabrakło. Nie mówię że jest on tragiczny. Muszę zgodzić sie że w wielu przypadkach jest on bardzo ciekawy i innowacyjny, lecz jeśli przejrzymy po koleji wszystkie czternaście utworów to wnet okaże się, że jedynie połowa z nich jest napisana z głową.
To jest Beyonce, to nie Robin Tricke, któremu do sławy potrzeba nagich modelek, to także nie naga Miley Cyrus kołysząca sie na kuli. Beyonce nie potrzebuje tych wszystkich dziwadeł, gdyż ona potrafi zniewolić słuchacza samym głosem, a chyba o to własnie w muzyce chodzi, prawda? Na koniec należy jeszcze wspomnieć o aż SIEDEMNASTU "teledyskach", które zostały stworzone właśnie na potrzeby nowego albumu, a obejrzećje można na iTunesie ( oczywiście po uprzednim ich zakupie)!
Przejdźmy do ocen cząstkowych:
TEKST: 6/10
MUZYKA: 7/10
WOKAL: 9+/10
INNOWACYJNOŚĆ: 9+/10
Moja osobista, subiektywna ocena to:
8/10
