poniedziałek, 23 czerwca 2014

Lana Del Rey:Ultraviolence - Recenzja


Po dziś dzień uwielbiam słuchać "Video Games", "Dark Paradice", czy też "Born to Die". Wszystkie one należą do poprzedniego albumu Lany "Born to Die" A wiecie dlaczego je kocham? Bo mają cztery rzeczy: świetny tekst, innowacyjny klimat, dobry rytm, i genialny głos wokalistki. To właśnie dzięki zmieszaniu tych czterech składników i podanie ich na kompletnej płycie zagwarantowało Lanie wielką sławę. Dziś po dwóch latach od tego wydarzenia wydała kolejny krążek, tym razem o wdzięcznej nazwie "Ultraviolence".

     Pytanie na dziś: Jak to jest z tą nową płytą Lany Del Rey?
Tym razem wokalista postanowiła zabrać nas w lekko inne klimaty niż poprzednio i tym oto sposobem wrzuceni zostaliśmy w połączenie  lat 60-tych ze współczesnością. Jak wiemy był to zabieg przemyślany, gdyż panna Rey jest fanką takich klimatów. Jej spokojny, powolny, słodki i kołyszący do snu głos sprawdza się idealnie w takich klimatach, mimo iż przyzwyczaiła mnie już do swojego głosu, nie mniej jednak niemal przy każdym utworze zaskakiwała mnie ukazując coraz to ciekawsze i odległe rejestry swojego wdzięku. Pod tym właśnie względem Lanę bez skrupułów zakwalifikował bym do ścisłej czołówki wokalistek o najpiękniejszej barwie głosu XXI wieku.
     A jak wypadają utwory pod względem muzyki? Z pewnością jest dobrze. Współpraca z Danem Auerbachem najwidoczniej się opłaciła, gdyż całość wygląda spójnie i w stosunku do poprzedniej płyty, "Ultraviolence" jest jednolita i pełna. Nie ma tu utworów, które nie pasowałyby do reszty, każdy kawałek na swoje własne miejsce. Nie mniej jednak muzycznie średnio przypadło mi to do gustu. Klimaty które ostatecznie ukształtowały płytę co prawda są jedyne w swoim rodzaje, mroczne, tajemnicze, a dzięki specjalnemu masteringowi przywodzą na myśl nagrania te z lat 60-tych, lecz brakuje im tego czegoś, tego "fun-u", zaskoczenia, melodyjności i niepowtarzalności. Przesłuchując po utwory kolei, płyta niczym nas nie zaskakuje, jest przewidywalna i monotonna. Na pochwałę zasługuje w tej kwestii tylko kilka kawałków t.j.: "Shades of Cool", "Pretty when you Cry", czy "Brooklyn Baby".
    Wiele osób może się z tym nie zgodzić, a to dlatego że muzykę ratuje niebiański głos Lany, który nadaje nadaje jej właściwego tonu i nakierowuje na odpowiedni kurs. Ostatnią rzeczą, która zawiodła mnie totalnie jest test. Naprawdę mocno liczyłem na coś nowego, niebanalnego, pełnego emocji i głębi. Niestety tym razem panna Rey w prawie wszystkich utworach powrzucała słabe, bezpłciowe, słowa, które po połączeniu stanowią bezsensowną paplaninę. Jedynie dwa z czternastu kawałków zasługują z mojej strony na pochwałę. Jest to "Brooklyn Baby" oraz słodkie "The Old Women"
Podsumowując, jak to zwykle bywa mamy tu do czynienia z utartym schematem wydawania płyt ultra gwiazd obdarzonych niesamowitym głosem z nawet dobrą muzyką i słabym tekstem. Ta płyta nie jest tak naprawdę zła, mało tego jest naprawdę dobra, pod warunkiem że słuchając jej nie będziemy słuchać słów ;(

Przejdźmy do ocen cząstkowych:
TEKST: 5.+/10
MUZYKA: 7/10
WOKAL: 10/10
INNOWACYJNOŚĆ: 9/10


Moja osobista, subiektywna ocena to:
7+/10