wtorek, 29 października 2013

Katy Perry: PRISM - recenzja

Dwa lata temu wydając płytę  "Teenage Dream" Katy Perry pokazała jak bardzo dobrą i elastyczną jest piosenkarką. Jako jedyna osoba oprócz Michaela Jacksona w całej historii muzyki rozrywkowej dokonała niemożliwego. Stworzyła pięć singli do jednego albumu, które jeden za drugim kolejno zdobywały pierwsze miejsca listy Billboardu. Tym samym zawiesiła sobie poprzeczkę niezwykle wysoko. Czy tego roczna płyta o wdzięcznej nazwie "PRISM" dorównuje jakości swojej poprzedniczce, czy może wypada dość blado? Zapraszam do recenzji. 

Na wstępie muszę koniecznie podkreślić, iż nie jestem tzw: "Katy's Cat" ( Kociakiem Katy ) czyli jej wielkim fanem. Oczywiście bardzo lubię chociażby jej ostatnią płytę, która wg mnie jest jedną z najlepszych krążków ostatnich lat. Natomiast samą Katy nie uważam za ultra super gwiazdę, której należy oddawać pokłony. Puki jesteśmy przy temacie samej gwiazdy, to należy zauważyć kilka istotnych wydarzeń z życia piosenkarki, które bardzo mocno odbiły się na najnowszej płycie. Na myśli mam oczywiście mocno nagłośniany rozwód Kąty Perry z playboyem Russelem Brandem. Małżeństwo nie trwało długo bo tylko 14 mięsięcy. Dla samej Kate było to bardzo mocne przeżycie, które pozostawiło głęboki ślad w jej psychice co słychać zresztą po najnowszym krążku.

         PRISM wypchano po same brzegi, gdyż w środku najdziemy aż 16 utworów. Prawie wszystkie ( za dosłownie dwoma przypadkami ) z nich tematycznie oscylują wokół istoty miłości, dlatego też znajdziemy tu piosenki o utraconej, niespełnionej, nieodwajemnionej, oraz naiwnej miłości. W większości nawiązują one do minionego związku z Russelem. W utworach wyraźnie czuć, że mimo iż były to dla wokalistki momenty bardzo trudne to jednak bardzo dobrze sobie z nimi poradziła, i teraz są dla niej jedynie przeszłością. Co do jakości samych tekstów to niestety jestem zmuszony do stwierdzenia że najzwyczajniej w świecie stoją one w większości na bardzo niskim poziomie, brzmią banalnie, niczego nowego niewnosząc, a przez to są bardzo nudne I nijak mają się do utworów z poprzedniej płyty. 
        Świetnym przykładem bezsensowości jest utwór "Double Rainbow", w którym to refren jest napisany totalnie bezsensu. Natomiast piosenka "Legendary Lovers" jest dobrym przykładem na zmarnowany potencjał. Z szesnastu kawałków jedynie cztery z nich ma tekst napisany na odpowiednim poziomie, niestety całą resztę sam najchętniej wyrzuciłbym na kosza, dzięki temu ocaliłbym wiele milionów ludzi  przed niechybnym zmarnowaniem czasu i pieniędzy na przesłuchanie ich.
          Jeśli chodzi o samą muzykę to na szczęście jest o dużo lepiej, choć do poziomu z Teenage Dream jednak trochę brakuje. Oprócz zwykłego popu uraczeni zostaniemy także elementami elektronicznymi oraz dupstepem. Niekiedy także będziemy mogli usłyszeć rapującą Kate ;). W wielu utworach można także doszukiwać się wpływu takich artystów jak Robyn czy Marina And The Diamonds. To dobry trop! „Teenage Dream” był albumem skierowanym (skutecznie) do amerykańskiego słuchacza, „PRISM” natomiast jest ukłonem w stronę Europejczyków. Do najciekawszych kawałków muszę zaliczyć m.in naprawdę dobrą balladę By the Grace of God, która oprócz muzyki ujmuje także niebanalnym tekstem. Dark Horse stworzony przy współpracy z Juicy J sprawia wrażenia najbardziej innowacyjnego kawałka.
         Podobnie jest z Roar'em który nawiązuje do lat 60. Wg mnie totalnie najlepszym kawałkiem pod wzgledem tekstu jak i muzyki jest This is How We Do, które opowiada o hucznych imprezach w dość specyficzny i wesoły sposób. Natomiast co do reszty to zbytnio nie ma nawet z czego wybierać. Gdyż podobnie jak w przypadku tekstu, tak o tutaj większość utworów jest nudna, niewybijająca się i mdła. Ktoś oczywiście może stwierdzić, że przecież jest jeszcze chociażby Walking On Air oraz Birthday. Tak tylko że pierwszy z nich ma dość słaby nieciekawy tekst, a drugi natomiast opowiada co prawda o urodzinach lecz na tle wielu, wielu, innych podobnych kawałów wypada on dość standardowo.
        A więc jak to jest w końcu z tym nowym albumem? Odpowiedz jest dość prosta chodź na pierwszy rzut oka dość niedostrzegalna. W 2010 roku Kate pokazała światu swój drugi świetny album, który podniósł nasze oczekiwania względem kolejnych krążków. Przez to w tym roku mieliśmy nadzieję że po raz kolejny zostaniemy zalani i sparaliżowani świetnymi singlami. Jak widać niestety nie tym razem. Wszyscy fani muszą czekać kolejne dwa lata natomiast mi pozostaje mieć nadzieję że przynajmniej Lady Gaga w tym roku mnie nie zawiedzie.


Przejdźmy do ocen cząstkowych:
TEKST: 5/10
MUZYKA: 7/10
WOKAL: 6+/10
INNOWACYJNOŚĆ: 6/10

Moja osobista, subiektywna ocena to:
6/10