niedziela, 6 kwietnia 2014

The Pretty Reckless: Going to Hell - Recenzja

The Pretty Reckless. Zespół został założony w 2009 roku przez wokalistkę Taylor Momsen, która to wraz z trójką starszych od siebie facetów postanowiła grać muzykę na pograniczu rocka i metalu. Innym słowem z założenia miał to być zespół z silnym wokalem i otaczającą go metalową muzą. Obecnie mamy na świecie dość dużo podobnych zespołów, lecz The Pretty Reckless wyróżnia się za sprawą dość kontrowersyjnej wokalistki i profesjonalnego podejścia do granej muzyki. Taylor pochodzi z chrześcijańskiej rodziny, lecz po ukończeniu 18 lat postanowiła się zbuntować. W 2010 roku wydała swoją pierwszą płytę "Light Me Up", która za sprawą nie banalnych tekstów i mocnych brzmień gitar sprawiła, że wiele osób pokochało ten zespół. Momsen jest obecnie także aktorką i modelką.
Tego typu osoby zazwyczaj jeśli decydują się na karierę muzyczną to wybierają typowy, słodki, miękki pop dokładają do tego teksty w stylu "...muszę być silna...", "...już cie nie kocham...", "...tęsknię za tobą..." i najzwyczajniej w świecie trzepią na tym kasę. Taylor jednak taka nie jest. Postawiła na mocny, pewny i drapieżny wokal, dobrała do tego inteligentne teksty o niegrzecznej dziewczynce i kilka mocnych riffów i zwrotek, które szybko wpadają w pamięć.
     W wielu kawałkach z najnowszej płyty widać wiele rzeczy, które zespół zaczerpnął z innych wykonawców w tym także od Marilyna Mansona, z którym to The Pretty Reckless dawał wspólne koncerty. Wśród szesnastu kawałków, które z reguły charakteryzują się mocny i charakterystycznym dla Hard Rocka brzmieniem możemy zauważyć także kilka ballad tj: "Waiting for a Friend", czy " House on a Hill ", oraz krótką wiadomość do siostry " Dear Sister". Te wolniejsze kawałki cechują się równowagą, spokojem i dobranymi z głową tekstami, które z pewnością zapamiętamy na dłużej. Nie będę owijał w bawełnę najnowsza płyta The Pretty Reckless naprawdę przypadła mi do gustu. Gołym okiem widać, że nie jest to zespół, który chce po prostu "nachapać" się jak najwięcej "hajsu", lecz grając robi to co lubi.
   Świetne "Kill Me", błyskotliwe "Heaven Knows" i mocno zapadające w ucho "Why'd you Bring a Shotgun to the Party" sprawiają, że miałem trudność, by przestać ich słuchać na okrągło. Wierzcie, lub nie ale ten krążek to naprawdę kupa dobrej roboty. Niestety nawet w tak dobrej płycie doczepić muszą się do kilku spraw. Pierwsza to łatwo wyczuwalna sybilizacja w utworze "Fucked Up World", nie wiem czego jest ona skutkiem, gdyby występowała ona we wszystkich utworach sprawa byłaby prosta, lecz w taki wypadku najprawdopodobniej jest to najzwyczajniej w świecie kwestia przeoczenia zapewne. Po drugie przyczepić muszę się do utworu "Follow me Down", w którym tekst pomiędzy zwrotkami a refrenem nie ma najmniejszego sensu.
     Wygląda to trochę tak jak gdyby ktoś wrzucił do niego refren z całkiem innej piosenki. Wiem, że czepiam się ale gdy ma się do czynienia z tak dobrą płytą jaka jest "Going to Hell" to taka mała błachostka potrafi napsuć nerwów. Nie mniej jednak Taylor zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie i jak narazie krążek ten jest moim osobistym numerem jeden tego roku. ;D
Przejdźmy do ocen cząstkowych:
TEKST: 9/10
MUZYKA: 9/10
WOKAL: 8+/10
INNOWACYJNOŚĆ: 8+/10
IMERSJA: 9/10


Moja osobista, subiektywna ocena to:
9/10